Enduro MTB series by Kellys Szklarska Poręba

Photo Credit: Kelly’s Enduro MTB Series

Zawodom enduro zawsze towarzyszą emocje: wola walki, adrenalina, radość jazdy w górach, czasami nawet trochę strachu na niektórych sekcjach. Jednak niektóre imprezy chyba nawet więcej emocji wywołują już po ich zakończeniu – w internecie. Do takich zdecydowanie można zaliczyć tegoroczne zawody w Szklarskiej Porębie. Klawiatury chyba wszystkich udzielających się w portalach społecznościowych parowały od burzliwych walk na komentarze. Najwięcej kontrowersji wzbudzał OS 2, który prowadził przez środek bagien. I nie była to kilkometrowa sekcja błota po deszczu, tylko ponad 500m torfowiska w które wpadały całe koła. Próbując podeprzeć się nogą, zanurzało się powyżej kolan. Wątpię żeby ktokolwiek to przejechał. Więc się też socjalnie nie dziwię, że każdy ma wiele do powiedzenia na temat tych zawodów. Sam też się trochę zgadzam, bo nie mam problemu z tym, że czasem muszę zejść z roweru, bo umiejętności nie pozwalają mi jakiejś sekcji zjechać, natomiast 500m nieprzejezdnego bagna to trochę przesada. Na końcu tego odcinka można było sporo usłyszeć, każdy miał dużo do powiedzenia, chociaż mało z tego nadawałoby się do cytowania.

No, ale chyba każdy chociaż troszkę zainteresowany tematem polskiego enduro albo był na miejscu i widział, albo się już zdążył naczytać.

Photo credit: Kellys Enduro MTB Series

Ekipa Kellys Enduro MTB Series musiała sprostać dużym wymaganiom endurackiej braci podczas tych zawodów. Przejęli miejscówkę po EMTB, więc wszyscy się spodziewali podobnych klimatów. Czyli przede wszystkim hardkoru. Wielkich kamieni, ścianek, kolejnych kamieni – na zawodach w szklarskiej większość musiała zapomnieć o czymś takim jak strefa komfortu. Tym razem trzeba to było trochę uprościć, bo jednak mając niecałe sekundy na wybór lini nie można sobie pozwolić na aż tak niebezpieczne odcinki.

Organizacyjnie bardzo dobrze, nie było dużych kolejek na startach. Jedynie brakowalo trochę strzałek wyprowadzających na początku ze Szklarskiej. Do tego trasa dojazdu zaznaczona na mapie nie zawsze się idealnie zgadzała z oznaczeniami w terenie. Jednak dało się bez problemów trafić na starty, więc nie były to dokuczliwe niedociągnięcia.

Photo credit: Kellys Enduro MTB Series

O ile ja też czuję lekki niedosyt hardkoru na trasach tegorocznych zawodów w Szklarskiej, to moim zdaniem w wielu przypadkach warto chyba chwilę odczekać przed komentowaniem, aż emocje opadną. Bo wiele komentarzy bardziej chyba było spowodowanych tym, o ile się te zawody różniły od tego, czego oczekujemy, niż poziomem ich organizacji. Trzeba wziąć pod uwagę problemy z nadleśnictwem, i szukanie trasy w ostatnim tygodniu przed zawodami. Moim zdaniem, szczególnie biorąc stan przede wszystkim drugiego odcinka, organizatorzy powinni przede wszystkim już rano ogłosić jak wygląda sprawa, że ratowali mimo problemów (tłumaczenie na koniec mogło brzmieć trochę jak wymówki). Można było ten odcinek puścić już za tym bagnem, albo nawet zrezygnować, byłby niedosyt, ale nikt by za bieganiem po bagnach nie tęsknił i ogólnie zarysu byłyby dużo lepiej odebrane. Lepiej się pamięta 3 fajne Osy, niż 3 fajne i jeden po którym każdy spędzał parę minut na rzucaniu „mięchem”.

 

Kuba

Trasy, którym mieliśmy stawić czoła były zróżnicowane. Pierwszy OS był naprawdę dosyć prosty. OS2 błoto było główną atrakcją. Bagno ciągnęło się w nieskończoność. Trasy wymagające skupienia, gumowców i mocnych kości, ale jednak dające wiele satysfakcji i frajdy.

 

Greg

Było super. Os nr 1 początek długi podjazd, który weryfikował kto się na enduro szykował a kto myślał ze będzie grawitacyjnie jechał. Fajny pomysł z freeride między kamieniami i długa prosta do korbienia przed metą. Os2 no cóż enduro pełną gębą. Dobrze biegam wiec dobrze mi poszło. Os4 najpiękniejszy, jednak kapeć na początku odcinka pokazał, że czas pozbyć się dętek i zalać opony mlekiem.

Photo credit: Kellys Enduro MTB Series

Kasia

To były moje pierwsze zawody Enduro. Niesamowite przeżycia jak i atmosfera, pomimo ciężkiego OS-u 2 na którym miałam problemy z wydostaniem się z bagna, w ogóle się nie zraziłam i świetnie się bawiłam. Najbardziej spodobał mi się OS4

 

Bartek

Zawody petarda. Wtopa z Oesem 2 wybaczalna czy nie … i tak uważam że zawody i trudność tras naprawdę na wysokim poziomie . OTB jakie zaliczyłem na końcówce OS4 pokazuje mi tylko, że praca nad kondycja i koncentracja jest naprawdę istotną częścią moich dalszych przygotowań. Jedyne co mi naprawdę przeszkadzało to to że impreza była w niedziele i nie dało się do końca skonsumować ENDURO.

Photo credit: Kellys Enduro MTB Series

Adrian

Na zawody jechałem, już bardzo ,,rowerowo” wyposzczony, po kontuzji. Może dlatego moja ocena nie będzie aż tak krytyczna. Nie walczę o pudło jeżdżę dla fun&flow, a ogólnie zawody mi to dały. Nie zgodzę się z wszystkim na co narzekali zawodnicy np.długie podjazdy – Osobiście uważam że po to się jedzie na zawody żeby dostać porządne wciry.

Mało odcinków technicznych ścian itp. – Każde zawody są inne wynika to np z ukształtowania terenu i wyobraźni organizatorów i dobrze że są tak różne zawody.

Mirek

Ostatni na liście – Amiata

Finał naszej wyprawy: Amiata!

Gotowi do drogi
Gotowi do drogi

Na deser zostawiliśmy sobie drugi najwyższy szczyt. Jak zawsze składało się na to kilka czynników. Po pierwsze geografia – jest to najbardziej na północ wysunięty wulkan, więc mogliśmy albo od niego zaczynać, albo kończyć.

Krzysiek nadmiar energii wypalał tańcem
Krzysiek nadmiar energii wypalał tańcem

Względnie łagodny podjazd ułatwiał zdobycie go na zmęczeniu. Na dokładkę na zboczach Amiaty lokalne środowiska rowerowe stworzyły trasy MTB, więc jest okazja do zabawy. A że taka zabawa może być niebezpieczna, i nawet tygodniowa kontuzja wystarczy, żeby komuś uniemożliwić jazdę przed wyjazd. Więc decyzja była prosta – bawimy się na koniec, w razie czego w domu będziemy się kurować, a nie stracimy wyjazdu.

Poza nartami i rowerami Amiata oferuje też trasy wspinaczkowe
Poza nartami i rowerami Amiata oferuje też trasy wspinaczkowe

Było wesoło już szukając kwatery. Z właścicielem komunikowaliśmy się przez translator, bo jak to Włoch, nie znał obcych języków. No to przekazujemy:

„Będziemy o 16, nie o 18 jak wcześniej mówiliśmy”

„Si, Si, OK”

„O 16, tak?”

„Si, Si”

Tak więc przyjeżdżamy o tej umówionej 16……i nic. Nikt na nas nie czeka, ani nie odbiera telefonu. No to czekamy. Przy okazji sprawdzamy, czy może ktoś tu ma otwarte Wi-Fi, z którego moglibyśmy skorzystać. Nie wykryliśmy nie tylko otwartej, ale jakiejkolwiek sieci nie było – stojąc tuż obok bloku mieszkalnego.

Nawet się na chwilę Słońca załapaliśmy
Nawet się na chwilę Słońca załapaliśmy

Poszukaliśmy więc jakiejś knajpy, żeby chociaż coś zjeść/wypić na szybko. Z jedzenia zrezygnowaliśmy, ale popiliśmy. I tu też ciekawostka: szklanka soku wyciśniętego z pomarańczy, które musieli przywieźć aż z Sycylii, czyli jakieś 8 godzin jazdy kosztował 2,5 Euro. Filiżanka kawy, którą sprowadzali pewnie z Afryki albo jeszcze dalej, kosztowała 1 Euro. Alkohole podobnie: Piwo 4 Euro, lampka wina 1 Euro. Taki jakiś mają model biznesowy.

"Ej Szwagier, zostało mi kilka znaków po ostatniej budowie, masz gdzie je zainstalować?"
„Ej Szwagier, zostało mi kilka znaków po ostatniej budowie, masz gdzie je zainstalować?”

Koło 18 zjawiliśmy się na kwaterę, i rzeczywiście właściciel się również o tej porze pojawił. Kwatera byłą bardzo ładna, wszystko nowe i zadbane. Mi tam się bardziej podobał klimat wcześniejszego miejsca, ale to kwestia gustu. Szybko zrobiliśmy obiad, przygotowaliśmy się do jazdy i poszliśmy spać.

Sama końcówka - tam jest całkiem stromo, a kamienie nie małe
Sama końcówka – tam jest całkiem stromo, a kamienie nie małe

Na tę górę prognoza również zapowiadała deszcz. Na początku było pochmurno, ale nie padało. Nie zastanawiając się ruszyliśmy. Łagodny asfaltowy podjazd piął się spokojnie przez 12km. Otaczał nas las – kolejny wygasły wulkan, który ze swojej wulkaniczności za dużo nie zachował, poza brakiem innych wysokich szczytów w bezpośredniej okolicy.

Szczyt!
Szczyt!

Na Amiacie zbudowany został kurort narciarski – mają 2 wyciągi i kilka tras. W lecie infrastruktura została zaadaptowana przez rowerzystów, którzy zbudowali tu kilka tras rowerowych. Jednak śnieg już dawno stopniał, a sezon rowerowy dla lokalesów zaczyna się dopiero na koniec maja.

Obowiązkowa sesja na szczycie ;)
Obowiązkowa sesja na szczycie 😉

Na szczycie czekała na nas knajpka – jak to w kurorcie narciarskim. A do tego Krzyż, silnie inspirowany wieżą Eiffla. Po obowiązkowej sesji zdjęciowej na szczycie – nawet miejscami coś było widać wokół nas. Chłopaki zgodnie zarządzili – espresso na szczycie! Ja spasowałem, wiedząc, że Włosi nie akceptują herbaty jako napoju zdatnego do spożycia.

Pozdrawiamy Hospicjum!
Pozdrawiamy Hospicjum!

Raz zamawiając herbatę dostałem Ice-Tea, od tego momentu nie próbowałem. Po wypiciu zamówionych napojów wybraliśmy się na dół. Wjeżdżając widzieliśmy jedną z tras rowerowych, o których czytaliśmy w Internecie – wiedzieliśmy dokąd zjeżdżać asfaltem, żeby się pobawić. Akurat jak się zatrzymaliśmy na jej początku, zaczął padać grad. Nie bardzo się przejęliśmy – właściwie jedyny jego efekt to dzwonienie słyszalne na nagraniach z kamery.

I bez flag - to już koniec podjazdu na ten wyjazd
I bez flag – to już koniec podjazdu na ten wyjazd

Ja się bawiłem świetnie, akurat taka spokojna trasa na rozgrzewkę, trochę kamieni, korzeni, dwie hopki, ale ogólnie flow i frajda z jazdy – miałem okazję stestować rower na kamieniach, i jestem bardzo zadowolony. Chłopaki na początku niepewnie – nie mieli jeszcze okazji jeździć po kamieniach.

Chwila przerwy na zjeździe
Chwila przerwy na zjeździe

Jednak szybko się przełamali i dali rowerom nabrać prędkości. Dodatkową atrakcją byłą gruba warstwa liści pokrywająca trasę – nie tylko kryła kamienie, ale i wybitnie ograniczała przyczepność. O ile przeszkadzało to w osiąganiu zawrotnych prędkości na zakrętach, to nie ograniczało zabawy. Wszyscy zjechaliśmy mega zadowoleni.

Ja musiałem tę sekcję jeszcze raz przejechać
Ja musiałem tę sekcję jeszcze raz przejechać

Takim finałem zakończyliśmy swoją pierwszą wyprawę. Zmęczeni, ale zadowoleni z sukcesu. Założenia wyprawy spełniliśmy. Wiele co prawda było zupełnie inne niż myśleliśmy, niż planowaliśmy. Poradziliśmy sobie jednak z wszelkimi przeciwnościami.

Koniec jazdy!
Koniec jazdy!

Bardzo dużo się nauczyliśmy, i wiemy że w kolejnych wyprawach trochę zmienimy formę – nie rezygnujemy na pewno z formuły wspierania swoją pasją tych, którzy tej pomocy potrzebują.

Krzyśkowi było mało i musiał poskakać
Krzyśkowi było mało i musiał poskakać

Jeszcze raz chcielibyśmy gorąco podziękować firmie Express Rent a car, za wsparci naszej wyprawy. Wypożyczony bus spisał się na medal – bardzo nam ułatwiło możliwość szybkiego pakowania i rozpakowania całości sprzętu i naszych osób.

Tu też, i wbrew pozorom wcale się nie potknął o rower
Tu też, i wbrew pozorom wcale się nie potknął o rower

Monte Vulture – najbardziej zmęczeni po najmniejszej górze

Szczyt zdobyty, w porównaniu do wcześniejszych jakoś mało spektakularnie, za to napis wyraźny
Szczyt zdobyty, w porównaniu do wcześniejszych jakoś mało spektakularnie, za to napis wyraźny

Trzeci w kolejności to też trzeci pod względem wysokości wulkan: Monte Vulture. Dawno wygasły, więc nie widać nawet krateru. Krajobraz naokoło również nie przypomina wcześniejszych dwóch – cały jest porośnięty lasem. Ogólnie widokowo bardziej wygląda jak „zwykła” góra niż wulkan. Ale jest trzeci co do wysokości we Włoszech, więc atakujemy. Czytaj dalej Monte Vulture – najbardziej zmęczeni po najmniejszej górze

Najwyższy wulkan na naszej wyprawie: Etna

Najwyższym i najbardziej wymagającym wulkanem tej wyprawy jest Etna. Dlatego też właśnie pod niego ustawialiśmy pozostałe góry. Zdecydowaliśmy, że najlepiej go zdobywać jako drugi – już rozgrzani, ale jeszcze nie zmęczeni. Spodziewaliśmy się, że nie będzie lekko: wysokość do pokonania, zmiany temperatury, możliwość opadów. To wszystko składało się na wymagającą przygodę. Szczególnie biorąc pod uwagę, prognozy pogody. Czytaj dalej Najwyższy wulkan na naszej wyprawie: Etna

Pierwsza wyprawa drużyny WildRiders.pl!

wlochy_logoPrzyznaję się – dawno niczego nie publikowałem. Jednak jest ku temu konkretny powód – wielkimi krokami zbliża się planowana od początku powstania tego bloga wyprawa! Osoby śledzące naszą stronę na facebooku już wiedzą, że 22 kwietnia jedziemy do Włoch w celu zdobycia tamtejszych wulkanów.

Zmieniliśmy trochę plany, zaatakujemy Etnę, Amiatę, Wezuwiusza i Monte Vulture – zrezygnowaliśmy z Pól Flegrejskich, ponieważ zdobycie tego wulkanu byłoby mocno umowne – jego większość jest pod ziemią i nawet nie ma jak objechać obwodu.

Nie wystarczy nam jednak samo sportowe wyzwanie. Zdecydowaliśmy się przy okazji wyjazdu pomóc Pomorskiemu Hospicjum dla Dzieci. W tym celu założyliśmy akcję zbiórkową na portalu wspieram.to:

www.wspieram.to/wulkany

Kilkakrotnie zmienialiśmy wizję tej akcji. Nic nie zostało takie, jak zakładaliśmy na początku. Złożyły się na to różne czynniki – została nasza wola walki i chęć realizacji planu. Zapraszamy do wsparcia 🙂

Bo rowerowe sztućce są za drogie…

Testów porównawczych jest internecie dużo - każdy mając wydać tak dużo pieniędzy chce się upewnić że będzie zadowolony z zakupu. Źródło: www.enduro-mtb.com
Testów porównawczych jest internecie dużo – każdy mając wydać tak dużo pieniędzy chce się upewnić że będzie zadowolony z zakupu.
Źródło: http://www.enduro-mtb.com

Rower górski można kupić nawet za trochę ponad tysiąc złotych i być z niego bardzo zadowolonym. Może taki rower przejechać ładnych kilka lub nawet kilkanaście tysięcy kilometrów, wymieniając tylko części eksploatacyjne. Jednak różne dyscypliny, czy sposoby jeżdżenia wymagają różnego sprzętu, i często się okazuje że sprzęt musi kosztować sporo więcej niż ten tysiąc, żeby można w miarę bezpiecznie uprawiać swoją wymarzoną dyscyplinę. Skupię się na zawieszeniu, a dokładniej na widelcach, gdyż to na zawieszeniu są największe wymagania dyscyplin rowerowych – jest to część, na której w enduro nie da się za bardzo „przyoszczędzić” bo często nie ma tanich wersji – można kupić topową albo wcale. Czytaj dalej Bo rowerowe sztućce są za drogie…

MTB Gdynia maraton 17.10.2015Co do

Na samym początku trasy
Na samym początku trasy

Kolejny maraton. Tym razem impreza lokalna. Trasa ustawiona w lasach nad Gdynią Redłowem – atrakcyjnie, bo start zawodów był na tyłach Stadionu, co ułatwiało przybycie ewentualnych kibiców. Trasa też kilka razy zahaczała czy to z powrotem obok stadionu, czy przy innych osiedlach – tutaj duży plus dla organizatorów. Jeśli chcemy, aby kolarstwo MTB się rozwijało, to trzeba też dbać o popularność, a więc i atrakcyjność tego sportu.  Czytaj dalej MTB Gdynia maraton 17.10.2015Co do

Jesteśmy grupą entuzjastów rowerowych, którzy chcą podzielić się swoją pasją.